WERTHER – premiera w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej

Werther to dramat muzyczny w 4 aktach, którego premiera zaplanowana jest na 8 października w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej.

Gdy w 1774 roku ukazały się drukiem „Cierpienia młodego Werthera”, powieść w listach autorstwa Johanna Wolfganga Goethego, publiczność zachorowała na punkcie tytułowej postaci poety samotnika, idealistycznie zakochanego w kobiecie związanej z innym mężczyzną. Europę opanował „efekt Werthera”, mechanizm samobójczego naśladownictwa: młodzi ludzie zakochiwali się nieszczęśliwie i idąc w ślady powieściowego bohatera, wzniosłym gestem odbierali sobie życie. Wczesny romantyzm znalazł wzorowego wyraziciela swego niedostosowania do świata i podświadomego pragnienia śmierci.

Ponad sto lat później, gdy ludziom wywietrzały z głowy romantyczne miłości, a świat belle époque zachłysnął się postępem technicznym, francuskiego kompozytora Jules’a Masseneta, jedynego dziedzica tradycji opery francuskiej po śmierci Bizeta, zaintrygował miłosny trójkąt Charlotty, Werthera i jego rywala Alberta. W tej starej opowieści dostrzegł aktualny konflikt między prawdą uczuć a presją mieszczańskich konwenansów.

fot. Materiały organizatora, Jules Massenet

Praca nad librettem i muzyką zajęła mu siedem lat (1880–1887), a kolejne pięć kosztowały starania o wystawienie dzieła. W tym czasie prapremiery doczekało się pięć innych jego oper, w tym słynna „Manon”. Dziś nie ma wątpliwości, że w przypadku „Werthera” mamy do czynienia z arcydziełem. Jego szczytowym momentem jest akt III, konfrontacja uczuć kochanków w momencie lektury wierszy Osjana, ujętych przez kompozytora w piękną arię Werthera „Pourquoi me réveiller”. Przykuwa akt IV, w którym ciężar opowieści przenosi się na Charlottę, z jej wspaniałą mezzosopranową partią.

W operze, inaczej niż w niemieckim oryginale, kocha ona Werthera, wybiera jednak powinność wobec zmarłej matki, która na męża przeznaczyła jej praktycznego Alberta. Werther, który wierzy w wieczną miłość (l’amour eternel), pragnie umrzeć. Charlotte nakazuje mu opuszczenie okolicy na pół roku, do Bożego Narodzenia. Nie może jednak o nim zapomnieć, czyta jego listy, a gdy ukochany nagle przybywa, nie potrafi ukryć miłości. Wyrywa mu się jednak, a on zaś postanawia się zabić (Charlotte skazała mnie na śmierć!). Charlotte jedzie do miasta, aby powstrzymać ukochanego, ale przybywa za późno – Werther jest śmiertelnie ranny. Przy dźwiękach kolędy umiera w jej ramionach, a ona oddaje mu pocałunek, którego wcześniej małodusznie poskąpiła. Pozwól twojej duszy rozpuścić się w moim sercu – to ostatnie słowa ich duetu, który – co tu kryć – wyciska łzy z oczu.

W swojej głośnej inscenizacji Werthera z 1996 roku, która triumfalnie przeszła przez sceny operowe w Amsterdamie, Rzymie, Genewie, Antwerpii, Frankfurcie, Barcelonie (z Piotrem Beczałą w roli tytułowej) i Pradze, niemiecki reżyser Willy Decker skupia się na psychologicznych aspektach miłosnej obsesji i zamknięciu w pułapce własnego umysłu. Szerokie płaszczyzny nasyconej intensywnymi barwami scenografii, znak rozpoznawczy tego reżysera, dzielą się na dwie strefy: ograniczone pole psychiki bohaterów i plan natury, w którym odbija się rytm pór roku.

Werthera śpiewa tenor Piotr Beczała, który kreował tę rolę w Barcelonie (2017), a warszawska publiczność ostatnio miała okazję go usłyszeć w partii Jontka w Halce S. Moniuszki w reż. Mariusz Trelińskiego (2020). Partneruje mu Iryna Zhytynska, związana z Operą Wrocławską, występująca w madryckim Teatro Real, wiedeńskim Theater an der Wien i w Finnish National Opera.

Posted by wk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *