Afera biletowa

Warszawskie instytucje kultury zmagają się z plagą prób wyłudzeń biletów i akredytacji dziennikarskich na spektakle, pokazy oraz premiery. Zaproszenia recenzenckie i wszelkie możliwe formy współpracy na linii media – instytucje kultury są wykorzystywane przez oszustów w celu darmowego korzystania z kultury oraz dostania się na ekskluzywne spotkania z osobami z pierwszych stron gazet. Chęć zaczerpnięcia blasku gwiazd powoduje zakłócenia w pracach redakcji, a jednocześnie utrudnia działanie organizacji kulturalnych. Próby takich wyłudzeń burzą zaufanie pomiędzy głównymi postaciami rynku medialnego: organizatorami wydarzeń i wolnymi mediami informującymi o nich.

Pracownicy stołecznych teatrów przyznają – to już jest plaga. Oszuści podszywają się pod prawdziwe redakcje i próbują wyłudzić akredytacje na różne wydarzenia. „Przed premierą, w natłoku pracy, nie jesteśmy w stanie weryfikować, czy dana osoba pracuje w danej redakcji. Staramy się to robić, lecz czasem jest to niemożliwe” – przyznaje jedna z naszych rozmówczyń pracująca w znanym i cenionym warszawskim teatrze. „Generalnie zawsze sprawdzamy dziennikarzy, którzy się do nas zgłaszają. Jednakże chcemy także działać w poczuciu wzajemnego zaufania. Nie chcę być podejrzliwa w stosunku do każdego redaktora, który zgłasza się do mnie. Przez to mogę w końcu kogoś potraktować niesprawiedliwie” – dodaje druga rozmówczyni. Nazwisk oczywiście nie podajemy ze względu na bezpieczeństwo tych osób.

Mechanizm jest prosty. Zmyślenie fikcyjnej postaci, która pracuje w danej (prawdziwej) redakcji. Później próba kontaktu z daną instytucją w celu wyłudzenia akredytacji. Jeśli się uda, to następnie jej odebranie. Co w zamian? Możliwość wejścia do miejsc, do których często zwykły gość nie ma dostępu; poznanie aktorów i twórców sztuki; w końcu brak konieczności płacenia za korzystanie z dóbr kultury.

Cały proceder w tle ma konieczność zabłyśnięcia przed znajomymi. Czy kreowanie swojego wizerunku w mediach społecznościowych jako osoby bywającej „tu i tam”, osoby obeznanej z kulturą, w końcu osoby o szerokich horyzontach musi powodować próby podszywania się pod media?

fot. pixabay

Akredytacje czy zaproszenia służą dziennikarzom do pracy. Rozumieją to instytucje kultury, które dobrowolnie umożliwiają redakcjom informowanie o swoich wydarzeniach. Pracownik redakcji poświęca wiele wieczorów, nocy i wolnych chwil nie dla przyjemności, lecz dla wykonania swojej zawodowej powinności. Po to, aby szersza publiczność mogła zapoznać się z interesującymi newsami, czy często także z opiniami czy recenzjami. A stworzenie tych, w sposób rzetelny wymaga wiedzy – zdobywanej latami, oraz niemałej pracy. Często po godzinach tak, aby sprostać rynkowi medialnemu.

Symbioza na linii redakcje – instytucje kulturalnej trwa od zawsze. Od jakiegoś czasu niestety istnieje próba ich zniszczenia. Podważenia zaufania do rzetelnego dziennikarstwa. Każde działanie ma swoje konsekwencje. I to dla obydwu stron. Wyłudzenia akredytacji – jeśli są udane – powodują, że organizatorzy wydarzeń przestają ufać mediom. Wielu pracowników odpowiedzialnych za PR musi zmagać się z problemem: „miał ukazać się materiał, a ciągle go nie ma”. I nigdy nie będzie, bo prawdziwego dziennikarza nie było na miejscu. Jednocześnie  teatry ponoszą znaczne straty. Każdy bilet ma swoją cenę, a jego sprzedanie przyczynia się do finansowego dopięcia budżetu. Jego oddanie na rzecz oszusta prowadzi do pewnej ekonomicznej niegospodarności, niewykorzystania potencjału sprzedażowego danej instytucji.

Joanna P., Adam Z., Jolanta P., – to tylko niektóre osoby, które próbowały wyłudzić zaproszenia podszywając się pod redakcję „Warszawskiej Kulturalnej”. O procederze dowiedzieliśmy się, gdy pewnego dnia zadzwonił telefon z pytaniem: „kiedy ukaże się recenzja”? Po krótkim wyjaśnieniu okazało się, że oszustom udało się – zdobyli bilety na przedstawienie. I to w niestandardowo dużej liczbie. Miała być kamera, mikrofony, światła. Ekipa większa niż na gali Oscarów. Po tej wizycie jednak nie pozostał żaden ślad, żadna recenzja. I to nie jedyny raz, kiedy oszustom udało się. Proceder kwitł prawdopodobnie przynajmniej od września. Raz się udawało, częściej raczej nie. Ale z pewnością osoby te próbowały podszywać się nie tylko pod nas.

Sprawa została zgłoszona do odpowiednich organów, a nasza redakcja we współpracy z jednym z teatrów zorganizowała konfrontację. Osoba, która oczywiście zjawiła się po to, aby odebrać akredytację robiła wszystko, żeby uchronić się od zarzutów. Jak mówiła: „bilet chciała jej dać koleżanka, powiedziała na kogo ma się powołać, bo sama nie mogła przyjść”. Historia tak niespójna, że trudno było w nią uwierzyć. Pani nerwowo kręciła się na krześle. Plątała w zeznaniach. Nie potrafiła odpowiedzieć na najkrótsze pytania. Po krótkim śledztwie okazało się, że ta osoba, która niby przypadkowo miała za kogoś odebrać wyłudzone akredytacje, w swoich mediach społecznościowych publikowała zdjęcia z aktorami właśnie w dniach i miejscach, gdzie wiemy, iż wyłudziła zaproszenia.

Prowokacja ta jednak nie skończy procederu. Gdyż nie o jedną osobę tutaj chodzi. Lecz o wiele, różnych i nieskoordynowanych działań.

Oprócz oczywistej szkody wizerunkowej dla redakcji, jak i dla organizatorów wydarzeń, warto zastanowić się nad jeszcze jednym aspektem całej historii. Zagrożone bowiem jest bezpieczeństwo osób publicznych. Nie wiemy kim są oszuści i jakie mają zamiary. Mieszając się w tłum mają dostęp do wybitnych artystów, najczęściej znanych i lubianych, popularnych, aktywnych zawodowo. Czy w dobie powszechnego zagrożenia warto ryzykować? Czy tak bardzo odległe stało się dla nas wydarzenie z Gdańska? Czy znowu musi stać się komuś krzywda?

Pracownicy teatrów przyznają, że w celu wyłudzenia voucherów zdarzają się nawet pogróżki. Niejedna sprawa trafiła już do sądu. To wszystko podszyte jest chęcią zaimponowania innym w Internecie. Oszuści nie kryją się ze swoją działalnością, wręcz są z niej dumni. Każdy chciałby móc pochwalić się tak bujnym życiem, rozległymi znajomościami. W szczególności wtedy, gdy są na cudzy koszt. W myśl zasady: ja się bawię, oni płacą. Szkody jednak, wyrządzone przez takie szkodniki działające w obszarze kultury są dużo większe niż mogłoby się wydawać.

Zupełnie inną kwestią jest to, że powstają również pseudo-portale oraz blogi kulturalne, które działają wyłącznie po to, aby otrzymywać akredytacje na wydarzenia. Ich działalność nie ma nic wspólnego z rzetelną pracą redakcji. To nowy sposób budowania swojej pozycji społecznej oraz uzyskiwania partykularnych korzyści: fake journalist.

Wykorzystywanie narzędzia pracy dziennikarzy oraz powszechnego zaufania do mediów, często lokalnych, należy traktować jako atak na ich niezależność i dobre imię. Dlatego też nasza redakcja podejmuje wszelkie kroki, aby przeciwdziałać temu procederowi. Dziękujemy również wszystkim instytucjom, które widzą potrzebę zmian w tym obszarze. Tym bardziej, że skala problemu jest ogromna. Każda z organizacji kulturalnych potwierdza, że takich przypadków jest kilkadziesiąt rocznie. Wyłudzenia często są bezczelne. „Ludzie piszą do mnie na Messengerze – nie wiedząc z kim rozmawiają, a następnie próbują w rozmowie mailowej – także ze mną – wmówić, że na komunikatorze obiecywałam im zaproszenia; albo po prostu kłamią, że mówiłam coś innego, niż w rzeczywistości. Wszystko żeby zrealizować swój interes” – niedowierza jedna z naszych rozmówczyń. To wszystko po to, aby zaoszczędzić kilkadziesiąt złotych. I pytanie, które nurtuje najbardziej – oprócz oczywiście wszystkich podniesionych powyżej – czy te osoby naprawdę mogą kochać kulturę, skoro robią jej krzywdę? Czy to po prostu chęć błahego zabłyśnięcia przed znajomymi i podbudowania swojego niskiego poczucia własnej wartości. Jedno jest pewne. Jedynie zdecydowany opór da w niniejszym zakresie możliwość ukrócenia procederu, który może nosić miano „afery biletowej”.

Posted by wk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *